W szatni jak zawsze był hałas. Tylko ja siedziałem cicho. Norma. Do szatni wszedł trener.
- Mamy dwóch nowych, którzy chcą z nami trenować koszykówkę. Oboje ćwiczą jako obrońcy.- powiedział trener, a zza jego pleców wyszło dwóch pierwszaków.
W szatni szał. WoW. Nowa, świeża krew. Hip hip hurra. Łatwo się domyśleć, że jako jedyny nie przejawiałem takiego entuzjazmu. Patrząc na ich wzrost i proporcje ciała na obronie nie dadzą rady. Sam jestem obrońcą więc troszku się na tym znam.
- A teraz na sale i się rozgrzać. Shio zostań na chwile.- Rzekł trener pokazując na mnie palcem.
Nie wiem o co chodzi. Spojrzałem na nowych, którzy patrzeli na mnie. Jeśli będą mieli stać koło mnie na boisku i tak trząść kolanami jak teraz to za długo nie pograją.
- Jako, że jesteś najlepszym obrońcą będziesz miał na nich oko i dawał im jakieś wskazówki w razie czego.- Oznajmił mi trener i wyszedł, zostawiając naszą trójkę w szatni.
No ja to chyba mam zły dzień. Najpierw głodówka i to w dodatku przed treningiem to jeszcze mam się bawić w niańkę.
- Jak słyszeliście jestem obrońcą. Nazywam się Shioaisurui Kana.
Zanim zdążyli odpowiedzieć wyminąłem ich i udałem się na hale.
Zrobiłem rozgrzewkę i akurat trener zaczął coś mówić o przyszłych zawodach i różnych innych pierdołach.
- A teraz by sprawdzić nowych zagramy mały meczyk. Shion i Tai wybierają sobie zawodników- powiedział trener po czym wyciągnął paczkę fajek i udał się na zaplecze.
Tai jest kapitanem naszej drużyny a Shion jego najlepszym kumplem. Poza mną są to jedyni zawodnicy, którzy mają więcej niż 190cm wzrostu. Tai ma 194cm a Shion 192cm. Każdy z nich musiał już wybrać ostatniego zawodnika a zostałem ja i dwóch nowych. Tai wziął jednego z nowych a Shion mnie bo bardzo nie lubi przegrywać, nawet jeśli to tylko treningi. Przed wejściem na boisko każdy z "mojej" drużyny zbijał piątkę z innymi. Do mnie nikt nie podszedł. Może gramy w jednej drużynie, lecz mnie wybierają tylko dlatego, że jestem dobry.
Przez głód nie miałem zbytniej ochoty grać. Broniłem bo broniłem. W pewnym momencie nowy z przeciwnej drużyny miał piłkę i ruszył do ataku na kosz. Zatrzymał się przed trumną i wykonał rzut. Ajj on głupi. Ledwo piłka opuściła jego ręce a już była w moich.
- P-p-p-potwór.- Zaczął szeptać nowy.
Z niewiadomych przyczyn rozdrażniło mnie to bardziej niż zwykle. Zacząłem kozłować i biegnąc przez boisko zastanawiałem się czy wypada obrońcy wykonywać tak zuchwały atak. Jako, że nie było wyższych ode mnie widziałem całe boisko i to kto stoi na obronie pod przeciwnym koszem. Nagle pierwszak, który nazwał mnie potworem pojawił się na obronie i próbował mnie zatrzymać. Nie wyszło mu. Wykonałem delikatną wrzutke spod kosza i udałem się pod swój kosz.
Wychodząc po treningu byłem ledwo żywy. Zmachany i głodny. Gorzej być nie może. Idąc do domu zauważyłem coś co już miało miejsce tego dnia. Ta sama trójka z dachu i ta sama dziewczyna na dodatek w tej samej sytuacji. Tym razem jeden z tych gerojów miał kij. Jako prawy obywatel musiałem zareagować. Dobiegłem do nich w idealnym momencie by złapać kij kiedy osoba go dzierżąca wzięła zamach nad głowę.
- Macie pecha chłopacy.- Powiedziałem wyrywając kij i łamiąc go o kolano.
Musieli mnie pamiętać bo ledwo kij dotknął mojego kolana już ich nie było. Westchnąłem, wyrzuciłem resztki drewna i nawet nie patrząc na tą dziewczynę poszedłem do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz